Będąc w centrum Kijowa, wrażenie na przybyszach robi przepych, drogie sklepy oraz luksusowe samochody. Wystarczy jednak przejechać się do położonej na zachodnich obrzeżach miasta, dzielnicy Borszczahiwka, by zobaczyć zgoła inny krajobraz. To miejsce ma się nijak do kijowskiego śródmieścia. Wokół nigdy nieodnawianych bloków z wielkiej płyty bez trudu znajdziemy mocno wysłużone auta. Ludzie narzekają na brak pracy, niskie zarobki, rosnące ceny.
Większość osób, które tam mieszkają to robotnicy, o różnych kwalifikacjach. Spora część z nich zarabia minimalną krajową, która obecnie, w przeliczeniu na polską walutę wynosi około 600-630 PLN netto (790 PLN brutto).
Średnia pensja u naszych wschodnich sąsiadów to około 1800-1900 zł. Pamiętajmy jednak, że mediana jest na dużo niższym poziomie. Więcej niż średnia zarabiają specjaliści z takich branż jak IT, finanse czy medycyna.
W przypadku pracowników fizycznych są to jednak nieosiągalne poziomy. Lepiej oczywiście zarabia się w stolicy. Najsłabiej w zachodnich i południowych okręgach.
W dużej mierze panuje nepotyzm i liczą się znajomości. Osiągnięcie sukcesu finansowego na pracy etatowej jest bardzo trudnym zadaniem. Szacuje się, że dojście wynagrodzeń na Ukrainie do obecnego poziomu, jaki obserwujemy w Polsce, może potrwać nawet trzy dekady.
Oczywiście można wskazać, że na Ukrainie mniej płaci się za mieszkanie czy media. Dwukrotnie tańsze są papierosy, dużo mniej zapłacimy także za paliwo.
To jednak jest tylko część prawdy. Jak zauważa OTTO Work Force Central Europe w opracowaniu opublikowanym kilka miesięcy temu za przeciętny koszyk codziennych zakupów na Ukrainie trzeba zapłacić dokładnie tyle samo co w Polsce. „W porównywanych koszykach zakupowych znalazły się podstawowe artykuły spożywcze w takich samych ilościach: chleb biały, mleko w kartonie, masło, jajka, ser żółty, schab, cukier, mąka pszenna biała, ryż biały, makaron, ziemniaki, jabłka”.
W tym porównaniu, w Polsce za statystyczny koszyk o powyższym składzie zapłacimy 56 zł. Dokładnie tyle samo wydamy na Ukrainie. To więcej niż na Białorusi (45 zł), czy w uchodzącej za najbiedniejszy kraj Europy Mołdawii (53 zł).
Według wyliczeń OTTO na ten sam koszyk najgorzej zarabiający Ukraińcy w swoim kraju muszą pracować ponad 1,8 dniówki, podczas gdy najsłabiej zarabiający Polacy 0,5 dniówki.
Wadim ma 46 lat. Pochodzi z liczącego ponad 700 tys. mieszkańców miasta Zaporoże. Kiedyś pracował w zakładach mechanicznych, jednak w swoim mieście stracił pracę. W Polsce para się różnych zajęć, mówi w miarę czysto po polsku. Jak przyznaje, przez trzy lata z zarobków osiąganych w naszym kraju utrzymywał dwie rodziny na Ukrainie – swoją oraz siostry. Sam żyje skromnie, korzystając z wynajętego przez pracodawcę mieszkania. Dziś spora część jego najbliższych pracuje w Polsce, tyle że w różnych miastach.
Zdarza się, że sam kierownik pyta Wadima, czy nie ma na Ukrainie kogoś, kto zna się na budowlance. - Na Ukrainie już nie ma, wszyscy moi koledzy są w Polsce – odpowiada. Jak się jednak okazuje, dobrym „pośrednikiem” są sprawdzeni pracownicy z Ukrainy, którzy sami polecają swoich bliskich szefom. Wiele firm w Polsce nadal korzysta z pośrednictwa pracy, choć część woli już zapytać swoich. Jedni ściągają drugich.
Między bajki należy jednak włożyć informacje, że wszyscy Ukraińcy zadowolą się minimalną płacą. Znają swoją wartość i przekładają ją na polskie realia. Niedawno w Magazynie Firma pisaliśmy o tym, że są pracodawcy, którzy dają zarobić przybyszom zza rzeki Bug sporo więcej, niż polskim pracownikom. Po pierwsze doceniają ich wartość, po drugie… boją się coraz mocniej konkurencyjnego rynku, na którym łatwo pracownika podkupić.